Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości 
panel

PIERWSZY TRANSPORT DO KL AUSCHWITZ

"W sierpniu 1939 roku pojechałem na obóz harcerski koło Cetniewa nad morzem. Byłem zastępowym. Gdy wróciliśmy do domów, mundury harcerskie zamieniliśmy na mundury Przysposobienia Wojskowego. Zgłosiliśmy się do ochotniczej Służby Wojskowej Pomocniczej. Ciągła ucieczka, poszukiwania polskiej armii. Wołyń, Lwów, sowiecka niewola, z której podstępnie udało mi się załatwić zwolnienie. Długo przedzierałem się do Brzeska, do Okocimia. Do domu. Przesłuchania: dlaczego tak późno wróciłem? Powiedziałem, że byłem w niewoli po stronie sowieckiej i zostałem jako uczeń zwolniony. Niemcy nie uwierzyli. Uznali, że skoro zostałem zwolniony, to jako sowiecki agent. Zamknęli mnie w więzieniu w Tarnowie. W więzieniu byłem po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie zastanawiałem się, jak może i powinno wyglądać miejsce odosobnienia? A co dopiero, jak się tu należy zachować, jak zachowywać przy przesłuchaniach. Gdy mnie przywieźli, oddział naprzeciwko mnie był pusty. Szybko jednak zapełnił się transportami z Sanoka i Nowego Sącza. Gorsze od głodu były brutalne, wielokrotne przesłuchania. To była prawdziwa katorga. Wobec tych mąk, naszym marzeniem stał się zapowiadany wyjazd na roboty rolne do Niemiec. Oczywiście, w ślad za inżynierami profesorami z Mościc, których rzekomo wcześniej przed nami tam wysłano. Pogłoska w końcu nabrała realnych kształtów. Od rana 13 czerwca zaczęto nas wyprowadzać i wywozić małymi grupkami, opróżniając cele więzienne. Do łaźni przyprowadzono nas 750 osób. Mieliśmy rzekomo jechać do Rzeszy na roboty rolne. Może to i lepiej, choć niedobrze, że z dala od swoich zastanie nas koniec wojny. Nie wierzyliśmy w podawane przez Niemców informacje o nieuchronnej klęsce Francji. W łaźni były dwa baseny - jeden z zimną, drugi z ciepłą wodą. Wpędzali nas na przemian. Może było to i dobre hartowanie, lecz dla nas bardzo uciążliwe. Nocowaliśmy na podłodze, gdzie komu popadło. Następnego dnia załadowali nas do wagonów pasażerskich specjalnego pociągu. Pociąg ruszył. Muzyka w głośnikach na peronach. O godzinie dwunastej wiadomości. Paryż padł! Nawet, jeśli to prawda, to i tak Paryż, to nie cała Francja. Dojechaliśmy do stacji Auschwitz. Jedziemy dalej. Szyny zardzewiałe. Pociąg przesuwa się powoli. Zgrzyta. Nagle: Raus! Krzyki, huk pośpiesznie odmykanych drzwi. Zaczęło się! Wrzaski, krzyski, bicie, szczekanie psów! Na placu z drugiej strony ustawione karabiny maszynowe, a przy nich umundurowani żołnierze leżący na ziemi. Bicie, a głównie tych, co podnoszą kapelusze z ziemi. Wreszcie, ustawienie kolumny marszowej po pięciu, pejcz - jedyny skuteczny tłumacz. Przeliczanie i marsz. Kolumnę ustawiono na polnej drodze, biegnącej równolegle do budynków. Maszerujemy. Wyreżyserowane przyjęcie naszego transportu przy rozładunku z wagonów przez 30 oprawców z zielonymi trójkątami było dobre przygotowane. Udało im się nas zaskoczyć, zastraszyć, podporządkować. I w jakimś stopniu upodlić. Każdy z nas po zarejestrowaniu otrzymywał dwa wydrukowane na białym płótnie, jednakowe numerki a trzeci kładł na otrzymanym bagażu. Rozdano nam numery od 31 do 758 włącznie. Wszyscy mieliśmy czerwone trójkąty, bo byliśmy Polakami..."

Miałem 16 lat i 5 miesięcy w chwili, gdy z domu gestapo zabrało mnie z domu do więzienia w Tarnowie. Było to 3 maja 1940 roku. Było nas wtedy sześcioro rodzeństwa domu. SS-mani, którzy przyszli po mnie do domu byli wręcz zaskoczeni moim wiekiem. Nigdy bym nie przypuszczał, że do domu wrócę dopiero po 5 latach. Gestapowcy zaprowadzili mnie na posterunek policji. Tam już czekali przyprowadzali innych moich kolegów. Ja byłem w mundurze harcerskim, z tego powodu postawili mnie pod murem, z rękami wyciągniętymi do góry. Czekałem tak do momentu przesłuchania. Przesłuchanie trwało krótkie i rzeczowe. Zostały na nim spisane wszystkie podstawowe dane na mój temat. Po jego odbyciu zawieziono nas w 20 osób do więzienia w Tarnowie. Dopiero później dowiedziałem się, że bezpośrednim powodem naszego przesłuchania był fakt, że Niemcy obawiali się z naszej strony ewentualnych manifestacji związanych z przypadającym w dniu 3 maja świętem narodowym. Do Tarnowa przywieziono nas właśnie w tym dniu - 3 maja 1940 roku, bezpośrednio z Brzeska. W celi siedziałem w czwórkę ze starszymi mężczyznami. Tam właśnie dostarczono mi mundur gimnazjalisty, który niezwłocznie ubrałem, odsyłając mundur harcerski do domu. W celi tarnowskiego więzienia siedziałem tam aż do 13 czerwca. Przez tych kilka tygodni nie wezwano mnie ani razu na przesłuchanie. Tego dnia zawieziono nad do miejskiej łaźni gdzie pilnowała nas spora grupa strażników. Spędziliśmy tam całą noc. O 6:00 rano wyprowadzono nas, ustawiono w szereg i ulicami Tarnowa prowadzono nas na dworzec towarowy. W drodze mieszkańcy Tarnowa obserwowali z ukrycia zaistniałą sytuację. Na bocznicy stał pociąg, do którego niezwłocznie załadowano. Wczesnym porankiem pociąg ruszył w nieznanym kierunku. Na dworcu w Krakowie przywitała nas smutna okoliczność. Niemcy właśnie świętowali zdobycie Paryża. Po dwóch - trzech godzinach pociąg zatrzymał się. Następnie ponownie ruszył, po to by za kilkanaście minut znowu się zatrzymać. Drzwi się otwarły z jednej strony, wysiadaliśmy z niego pośród bicia i krzyku kapów, którzy czekali na przybycie pociągu. W tym momencie prysły wszystkie moje nadzieje związane z celem naszego "wyjazdu". Wielu z nas zostało wtedy brutalnie pobitych, potraktowano nas jak zwierzęta. Staliśmy na placu wydzielonym przed nieznanym nam budynkiem, do momentu, dopóki wszyscy nie wysiedli i nie zostali przeliczeni. Po kilkunastu minutach Niemcy pośpiesznie ustawili dwuszereg, przez który przepędzono nas w szybkim tempie. Zostaliśmy wówczas brutalnie pobici przez rozwścieczonych hitlerowców, którzy nie szczędzili razów drewnianymi pałkami. Kolejnym punktem naszego "przywitania" było przywitanie przez kierownika obozu. Podłamało ono wielu z nas. Powiedziano nam wtedy, że "jedynym wyjściem z tego obozu jest droga przez komin krematoryjny". Nie wiedzieliśmy, co myśleć, nie wiedzieliśmy jak otrząsnąć się z tego, wydawać by się mogło, koszmarnego snu. To jednak nie był sen, to była brutalna rzeczywistość, wobec której byliśmy coraz bardziej bezradni. I to ona nie pozwoliła nam na zbędne rozmyślanie. Następnie wzięto nas do piwnicy dwupiętrowego budynku, gdzie zostaliśmy spisani, a każdy z nas dostał dwa czerwone trójkąty z przydzielonym numerem. Od tej pory straciłem nazwisko. Nie byłem Kazimierzem Zającem - stałem się numerem 261. To był jeden z najsmutniejszych mojego życia.

Wraz z kolegami przedzierałem się na Węgry, skąd zamierzałem dotrzeć do polskiej armii formującej się we Francji. Zostałem aresztowany. Z więzienia w Nowym Sączu przewieziono mnie do Tarnowa. W tarnowskim więzieniu przyjęto nas bez specjalnego powitania. Strażnicy mówiący po polsku rozprowadzili nas po celach bez krzyków i bicia. Mnie i Stacha umieszczono celi na pierwszym piętrze, było nas tam dwudziestu czterech. Edziowi nie udało się do nas wkręcić. Oczywiście prycze też były piętrowe, ale trochę wygodniejsze niż w Nowym Sączu. W rozmowach przyjacielem rozważaliśmy częstokroć sprawę przypuszczalnego okresu naszego pobytu w więzieniu i końcowego rezultatu aresztowania. Trzynastego czerwca już przed południem wybuchła "bomba": szykują transport!. Ruch był w całym więzieniu przez parę godzin. Wszystkim wyczytanym kazano przygotować się do opuszczenia cel późnym popołudniem. Zaczęliśmy też porządkować swoje prycze, w podnieceniu oczekując sygnału i snując najróżniejsze domysły na temat przygotowywanego transportu. Tego dnia kolację wydano znacznie wcześniej i zaraz potem zaczęto wyprowadzać na plac grupki ludzi z poszczególnych cel. Trwało to dosyć długo, ponieważ prawie każdy z więźniów posiadał jakiś depozyt, który należało pobrać w dyżurce i pokwitować. Zaczęło się już ściemniać. Zgromadzono nas ponad siedmiuset. Niebawem na więzienny dziedziniec wkroczył duży oddział uzbrojonych żandarmów otaczając nasz gęstym kordonem. Otwarto bramy więzienia. Prowadzono nas pustymi niemal ulicami w nieznanym kierunku najmniej kwadrans, aż zatrzymano ten liczny korowód przed okazałym budynkiem łaźni. Gdy straże obstawiły łaźnię, wpuszczano nas kolejno do środka i po raz pierwszy od czasu aresztowania pozwolono wszystkim na dobrowolne korzystanie z błogosławionej wody, której było tu wreszcie pod dostatkiem. Kłaść się i żadnych rozmów więcej! Jeśli ktokolwiek nie podporządkuje się rozkazowi, zostanie zastrzelony! - wrzeszczał jeden z gestapowców. Skoro świt poderwano nas na nogi. Ustawianie i przeliczanie setek trwało ze trzy kwadranse chyba. Liczono nas ponownie po raz czwarty. Posypały się kopniaki i uderzenia. Motocykl wolno potoczył się ulicą, w ślad za nim ruszyło czoło kolumny. Ludzie szli poważni i przygnębieni. Byli wśród nas mieszkańcy Tarnowa, im chyba było najtrudniej. To przygnębione terrorem miasto głęboko przeżywało wyjazd naszego transportu. Niejedna matka opłakiwała syna, niejedna żona - męża, niejedno dziecko - kochanego tatusia. W końcu bez pośpiechu wdrapywaliśmy się do wagonów, wewnątrz panował zaduch. Okna były zadrukowane. Udało mi się wcisnąć pomiędzy siedzących współtowarzyszy, następni musieli już siadać na podłodze. Wkrótce w bocznym korytarzu ustawili się żandarmi - jeden naprzeciw każdego przedziału. W kwadracie uchylonej szyby zamajaczyły wieże Krakowa, a w kilkadziesiąt sekund później obok torów ukazały się mury pierwszych kamienic. Z sufitu, jak z pieca hutniczego, buchał nieznośny żar. Spękane wargi łaknęły choć kropli wody. Język przysychał do podniebienia. Cóż bym dał teraz za odrobinę jakiegokolwiek płynu. Wreszcie ukazał się płaski dach stacyjnego peronu, przed którym była duża tablica z napisem "Auschwitz". Hamując, pociąg wtoczył się na jakiś boczny tor i zatrzymał się przy betonowym płocie, odgradzającym stację od przyległej ulicy. Uzmysłowiłem sobie, że wjechaliśmy na jakieś dawno nieużywane torowisko. Przez dłuższą chwilę trwała cisza, a potem pod samym oknem przedziału rozległ się mocny gardłowy krzyk: "Loos!.Przygotować się do wysiadania!". Wokół uwijali się hitlerowcy, każdy z bykowcem lub pałką w dłoni. Łudząco przypominali gestapowców. Duże kabury z ciężkimi pistoletami obciążały pasy. Mundury, które nosili, miały kolor zielony, a jedna z czarnych naszywek na kołnierzyku błyszczała stylizowanym znakiem SS. Bili po twarzach, po głowach, plecach i rękach. Kopali w brzuch, w nerki, w golenie nóg. Chodzili wolno pomiędzy wyprężonymi na baczność, sterroryzowanymi strachem więźniami, jak głodne sępy szukając ofiar swych sadystycznych instynktów. Co chwilę dochodziły głuche odgłosy uderzeń zmieszane z jękiem maltretowanych. Bukowe kołki jak cepy raz po raz unosiły się w górę. Słabsi, jak cięte kłosy padali gęsto na ziemię, aby z kolei znaleźć się w zasięgu okutych butów gestapowców, kopiących gdzie popadnie. Krew, mieszając się z kurzem, plamiła koszule i bluzy ofiar. Dopiero się zaczęło, a już niektórzy z więźniów nie byli w stanie stać o własnych siłach. Więzienie, głód, brak wody i bicie sprawiły, że ludzie ci, niegdyś zdrowi i silni, byli u krańca wytrzymałości fizycznej. Rozejrzałem się nieco. Na wprost przede mną rozpościerał się kompleks masywnych, szaro otynkowanych budowli, składających się z kilku pojedynczych bloków. Rzucał się w oczy najbardziej obramowany wysokim ogrodzeniem dwupiętrowy budynek. Wewnątrz, za ogrodzeniem, od strony torów ciemniała ludzka ludzką masą znaczna część wyładowanego transportu. Opodal, na uboczu, żywo odcinał się od otoczenia jasny oddział ustawionych w dwuszereg ludzi. Niemcy ustawili się wąskim szpalerem w niewielkich odległościach. Każdy trzymał w ręku gruby knypel. Niemcy w szpalerze niecierpliwili się coraz bardziej. Pierwszy rząd truchtem ruszył w stronę rozstawionego szpaleru. Uderzenia posypały się jak grad na karki oszołomionych ludzi. Dotychczasowe traktowanie nas było igraszką w porównaniu z tym, co nastąpiło teraz. Bici padali na ziemię, zrywając się, pędzili w panicznym strachu do przodu, by z kolei dostać się pod zmasowane ciosy oprawców szalejących w rozstawionym szpalerze. Piekło rozpętało się na dobre. Niektórzy oślepieni krwią zalewającą im oczy, wpadali na rozwścieczonych hitlerowców. Krzepnąca krew brunatną mazią sklejała mokre od potu włosy. Twarze opuchnięte i zbite, głowy porozbijane, odzież podarta. Niektórzy brudnymi rękoma osłaniali głębokie, krwawiące rany. Młodemu chłopcu ciekły z oczu łzy. Ludzie osłabieni i zrezygnowani, reagowali coraz to obojętniej na wszystko, co działo się dookoła. Z determinacją poddawali się okrutnemu losowi, wyczuwając, że jakikolwiek odruch samoobrony jednoznaczny był z natychmiastowym wyrokiem śmierci. Tych, co padali, z wysiłkiem dźwigali współtowarzysze. Nie było słychać skarg, nie było aktów rozpaczy. W ciągu tych paru godzin zrobiono z nas nędzarzy - okaleczono nas, złamano nie tylko nasze ciała, ale i niejednego ducha. Wszyscy Ci, nawet najbardziej wytrzymali, zaczęli tracić nadzieję na przetrwanie w warunkach, jakich próbki przyszło nam dziś doświadczyć. Tyle cierpień przeżyło się w więzieniu po to, aby tutaj skończyć w tak okrutny sposób. Wchodząc po betonowych schodach i chwytając się poręczy znalazłem się w wąskim długim korytarzu. Więźniowie kierowani, przez grubego blokowego, wchodzili do wnętrza kolejnych sal. Zastanawialiśmy się jak przetrzymamy tą pierwszą noc w piekle zwanym Auschwitz.

Rok 1939. Mam 17 lat i jasne spojrzenie na świat. Jestem kandydatem na studenta Politechniki. Wybuch wojny. Obraz wyruszających do boju naszych żołnierzy. Entuzjazm. Później syreny, alarm, okopy, bomby, popłoch, ale ciągle wiara w nasze zwycięstwo. Rzeka uciekinierów, uciekinierów w niej liczni oficerowie wysokich szarż wraz z rodzinami. Dlaczego uciekają do Rumunii? Kilka dni później czoło niemieckie pod Lwowem. Coś rwie się w sercach - niepokój, wątpliwości. Apel do młodzieży akademickiej: Opuśćcie Lwów, kierujcie się do Rawy Ruskiej. Tam przewidziana jest koncentracja wojsk i ochotników. Powrót do rodzinnego Nowego Sącza. Pięć miesięcy żyję w okupowanym mieście, na którym powstają pierwsze zalążki konspiracji skierowanej głównie na działania w ogniwach ułatwiających przemyt licznych ochotników polskich - przez Słowację i Węgry - do organizatorów we Francji polskich formacji wojskowych. Nowy Sącz stał się ośrodkiem przerzutu ochotników przez węgierską granicę do organizującej się armii. Niestety, nasza konspiracja była łatwa do odszyfrowania. Zaczęły się aresztowania. Aresztowano mnie 29 kwietnia 1940 roku, wraz z kilkunastoosobową grupą kolegów. Większość miała po 18 lat. Po trwającym niemal dwa tygodnie brutalnym śledztwie, wywieziono nas do więzienia w Tarnowie. Tu nie miałem już przesłuchań, byliśmy jednak bardzo głodni. Miesiąc później, - 13 czerwca - pod eskortą zaprowadzono nas do tarnowskiej łaźni publicznej. Grupa 728. więźniów w ciasnej, dusznej łaźni spędzić musiało całą noc, chodząc lub "kimając" w pomieszczeniach obiektu. O godz. 5 rano zostaliśmy wyprowadzeni z łaźni, uformowani w kolumny i od eskortą SS przeprowadzeni główną ulicą Tarnowa. Przerażeni Tarnowianie spoglądali na nas z okien i spod ścian kamienic. W pewnej chwili do kolumny więźniów usiłowała się wedrzeć matka jednego z eskortowanych. Chciała pożegnać młodego syna. Kolby karabinowe poszły w ruch. Płaczącą kobietę brutalnie uderzono i wypchnięto. Ciosy dosięgły też jej syna wyrywającego się z szeregu. Kolejnym "przystankiem" była rampa kolejowa za dworcem w Tarnowie. Załadowano nas do wagonów osobowych, w których mogliśmy siedzieć. Pociąg ruszył. Około południa minęliśmy Kraków. W wagonach zrobiło się potwornie gorąco i duszno. Mijane stacje miały już niemieckie, nieznane nam nazwy. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Na którejś ze stacji pociąg skierowano na boczny tor. Kiedy ustał zgrzyt kół, z okien wagonu dostrzegliśmy dwa duże budynki, jeden z nich otoczony wysokim płotem z drutu kolczastego. To był Oświęcim - Auschwitz. Oświęcim drugiej strony torów, na obszernym trawiastym terenie, w półkolu, stali niemieccy żołnierze z karabinami maszynowymi. Rozległy się wrzaski i odgłosy strzałów, jazgotliwe zaszczekały podniecone psy. Pędzeni z wagonów więźniowie wpadali w korytarz utworzony z "kapo", trzymających w ręku grube drewniane kołki. Przerażonych, pokrwawionych i jęczących zagnano na plac za ogrodzeniem. Przebiegłem przez szpaler nieco tylko oberwawszy. Ci, którzy mieli mniej szczęścia - brutalnie pobici, z trudem wczołgiwali się na plac. Tak powitano Polaków w hitlerowskim piekle, w dopiero co zakładanej fabryce śmierci. Na placu kazano się nam rozebrać do naga i zapędzono do piwnicy budynku, gdzie mieliśmy się umyć. Po kąpieli i dezynfekcji skierowano nas do sal w budynku, gdzie przygotowano dla nas miejsca do spania. Krótka czerwcowa noc nie przyniosła nam upragnionego snu i odpoczynku. Rankiem ustawiono nas w dziesięcioszeregowy blok. Do dziś pamiętam słowa, jakimi przywitał nas kierownik obozu Karl Fritsch: "Nie przyjechaliście do sanatorium, ale do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Nie ma stąd innego wyjścia, niż przez komin krematorium". Stosowane przez hitlerowców dobrze przemyślane metody, na razie działały zgodnie z Ich oczekiwaniami. Nie były jednak w stanie złamać ducha i wiary. Odtąd jednak stałem się numerem 61 - straciłem osobowość w niemieckiej maszynie wyniszczenia...

Strona 2 z 3

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.